O Autorce

Recenzje

KAMERALNE WIZERUNKI PANI BEATY – Zdzisław Beryt 1997 r.

“Mówi się, że w każdym swoim dziele artysta przekazuje cząstkę swojej osobowości. Odczuć, przemyśleń, wyobrażeń, pragnień. Tak się dzieje nawet wtedy, kiedy portretuje konkretną osobę. Pani Beata prezentuje nam „wizerunki swojej duszy”, bo nie są to Portrety sensu stricte, ale studia portretowe, bardzo własny przekaz artystki... Twarze spoglądające na nas z rysunków pani Beaty uderzają swoją wyrazistością. Patrzą wprost w oczy odbiorcy, jakby proponowały dialog.”

ENERGIA OCZU – Grażyna Banaszkiewicz

“Bez wątpienia sztuka portretu jest najtrudniejszą ze sztuk plastycznych. Tu nie wystarczy wpatrywanie się w czyjąś twarz… Portret wymaga głębszego spojrzenie – spojrzenia w mroki duszy, której zwierciadłem – jak zwykło się mawiać – są oczy. Choćby żaden mięsień twarzy, żaden nerw nie drgnął, nie zdradził wewnętrznego napięcia, emocji, to oczy absolutnie nas obnażą. Rysują się w nich wszystkie stany fizyczne, psychiczne, emocjonalne: odnajdziemy w nich poirytowanie, złość, namiętność, przekorę, kokieterię itp., odczytamy czyjeś zagubienie, leki, obawy lub strach, smutek, rozpacz, niepokój, rozgoryczenie, zawiedzenie, z drugiej strony, zadziwienie, zaciekawienie, promienność. Niemal każdy z tych stanów pojawia się w oczach portretów Beaty Pluty...”

Bogdan Wojtasiak

“Pani Beata chce utrwalić w kadrze swoich rysunków czas i uczucia. To jest czas, który minął i trwa równocześnie. Przeszłość i teraźniejszość zlewają się w jeden nurt jej wewnętrznego czasu.”

Halina Szymiec

“Zaletą rysowanych i malowanych przez nią portretów jest prawda o modelu. Prawda bardzo czytelna i klarowna, przekazana z sympatia dla modela – jak również z całym ładunkiem emocji.”

Elżbieta Bylczyńska

Bóg jak w Kanie Galilejskiej – zawsze daje za dużo i najlepszego gatunku...

“Dla mnie najważniejszy jest człowiek i jego wnętrze. Zawsze znajdę w nim taki moment, w którym jest on najpiękniejszy. A jednocześnie najbardziej do siebie podobny”

Portrety maluje starą, porządną techniką. I nie tylko portrety, uwielbia ludzi na obrazach we wszystkich konfiguracjach, ale portret doprowadziła do perfekcji (choć nie lubi tego słowa - perfekcjonizm to choroba). Portret zawsze ją pociągał, wiele lat studiowała i zgłębiała sama tę sztukę, która dla niej była nie tylko cielesną analizą człowieka, ale także wydobywaniem światła z wnętrza ludzkiego, psychologicznym i duchowym „malowaniem”, obserwacją relacji ze światem i przełożeniem ich na mimikę, gesty, zachowanie. To wszystko przemawia do nas z jej obrazów. Akt - trochę większy portret
Równie fascynująco maluje akty: - Bo to właściwie jest trochę większy portret, mówi malarka. Z człowiekiem w roli głównej maluje też scenki rodzajowe.

Najchętniej weszłaby do telewizora
Była tak zwanym dziwnym dzieckiem. Na szóste urodziny dostała w prezencie dwa albumy: o Janie Matejce i Ermitażu. Zafascynowana obejrzała albumy i postanowiła, że będzie malować jak Matejko i zamieszka w Ermitażu. - W tym dniu Pan Bóg postanowił, że zostanę artystą. To było tak silne przeżycie, że pamiętam je wyraźnie do dzisiaj.
Jako dziecko rysowała, rzeźbiła, kleiła, dzięki dużej sprawności manualnej wyczarowywała sztukę dziecięcej wyobraźni. Z wypiekami na twarzy zasiadała w niedzielę przed telewizorem i oglądała program profesora Wiktora Zinna, znanego rysownika, historyka sztuki.
- Kiedy profesor brał do ręki białą kredę, bardzo mu zazdrościłam, najchętniej weszłabym do telewizora.
Jako dorastająca dziewczyna szukała miejsc, w których mogła zetknąć się z malarstwem i sztuką w ogóle. Kiedy wchodziła do muzeum w Rogalinie „łapał ją bezdech”, myślała, że mogłaby tam zostać.
- Od zawsze wiedziałam, że to, co będę w życiu robiła powinno być piękne w takim najprostszym rozumieniu, harmonijne, spokojne. Najpiękniejsze, jakie będę w stanie stworzyć, wobec czego każdy człowiek stanie i pomimo różnych gustów, to piękno odczuje. Takie właśnie są obrazy Matejki, Ermitaż i przedmioty w nim zgromadzone.

Kameralne wernisaże
- Nie przepadam za dużymi imprezami, ale nie jest też tak, że ludzie, którzy występują, np. na koncertach, czy imprezach masowych robią coś źle, a ich sztuka jest niewiele warta. To nieprawda. Lubię bardzo moment, kiedy na mój wernisaż przychodzi kilkadziesiąt osób. Mogę wtedy z każdym nawiązać kontakt, zatrzymać się dłużej, porozmawiać, dać im kawałek siebie, oprócz obrazów. Dla siebie się nie tworzy, cokolwiek w życiu robimy – zawsze występuje potrzeba konfrontacji, jeśli o mnie chodzi - portret chyba jest najłatwiejszy do skonfrontowania: albo ktoś na nim jest, albo go nie ma.

Chcę mieć portret, ale uważam, że nic takiego we mnie nie ma...
- Nie istnieją ludzie, którzy nic w sobie nie mają. Każdą osobę, która chce zamówić portret zapraszam na kawę do mojej pracowni. Nie trwa to 15 minut.
Sekret pracowni malarki polega na tym, że tam nic nie rozprasza, są obrazy, artystka i najważniejsze – osoba, która do niej przyszła. Nie ma żadnych bodźców zewnętrznych. Nawet komórki nie działają. - Na początku zazwyczaj ja dużo mówię, a potem mój gość się otwiera. Najpierw w sposób bezpieczny, ogólnikowy. Stopniowo wchodzimy w tematy intymne, osobiste. Moi goście, opowiadając wykonują różne gesty, patrzą w różne miejsca, historie, które przedstawiają wywołują u nich określone emocje. I ja się ich w tym czasie po prostu uczę. Zawsze znajdę w takiej osobie moment, w którym jest ona najpiękniejsza. A jednocześnie najbardziej do siebie podobna. Obserwując kogoś widzę go w ciągłym ruchu. Jest to zespół ruchomych ujęć, klatek filmowych, sekret. Takie momenty muszę zatrzymać jakby w jednym kadrze. Muszę tę osobę po prostu przestudiować. Żyjemy w czasach, kiedy ludzie mają pieniądze, ale brakuje im czasu, nie mam więc takiego komfortu jak mistrzowie dawnych wieków, którym miesiącami pozowano. Istota modelu musi pozostać we mnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy mam sportretować kogoś, kto już nie żyje. Do artystki przychodzą ludzie, którzy pragną, żeby sportretowała nieżyjących przyjaciół, członków rodzin – matki, żony, ojców. - Wtedy zawsze proszę o jak największą ilość zdjęć, takich z życia, gdzie osoba zmarła była na wakacjach, świętach, imieninach, kiedy po prostu żyła, oraz – rzecz bezcenna – żyjący muszą mi o niej opowiedzieć. Są to historyjki, które przedstawiają konkretne sceny – żarty, przygody - to mi buduje obraz tej osoby. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby malarka sportretowała osobę nieżyjącą i nie „przywróciła” jej do życia. Reakcjom rodziny, przyjaciół przy odbiorze obrazu często towarzyszą łzy. Kiedy malarka widzi wypieki na twarzy i słyszy o ciarkach na widok portretu wie, że spełniła oczekiwania. Bo przecież nie widziała osoby portretowanej żywej, nie znała jej, nie ma więc szansy skonfrontować tego, co stworzyła inaczej, niż na podstawie reakcji rodziny.

Na czym „to wszystko” polega?
Uważa, że jest to dar, a ona ten dar, powołanie od Boga przyjęła, ale to jeszcze nie znaczy, że coś się jej należy. Posiada talent i stale go wykorzystuje. Uważa, że na lenistwo nie ma usprawiedliwienia. - Mnie też wielu rzeczy nie chce się robić, ale je robię, ponieważ wiem, że na końcu czeka satysfakcja i radość. Skutkiem ubocznym tego, że maluje dla ludzi, że biega za klientami i wymyśla ciągle coś nowego: - Jest to, że oni płacą mi za obrazy dobre pieniądze i ja mogę się za nie utrzymać. Zarabianie pieniędzy nie jest celem samym w sobie, cel dla mnie, to robienie sztuki dla ludzi.

Kobiecość
Atutem malarki jest jej kobiecość, nie ma kompleksu artystki – kobiety, wie, że może podobać się mężczyznom, i że oni czasami koncentrują się na jej dłoniach, oczach, a nie na tym, co mówi. Nie przeszkadza jej to, przeciwnie – lubi takie momenty, ponieważ chce, żeby jej kobiecość przejawiała się wszędzie. Kiedy maluje obraz, czuje – kobiety mają intuicję – co będzie w nim najlepsze. Widząc jakąś koncepcję wie, jaką wybrać technikę, w jakiej kolorystyce obraz utrzymać, w jakim świetle. Na to wszystko patrzy oczami kobiety. Nie szuka uniwersalności płciowej, chce, żeby było widać, że te obrazy maluje kobieta. Tak właśnie odbiera się sztukę Beaty Pluty, ale to jej zwycięstwo, świadome działanie malarki. To, że chciała malować jak Matejko nie znaczy, że zamierzała namalować drugi raz taką samą Bitwę pod Grunwaldem, takim samym stylem. Pragnęła malować równie charyzmatycznie, rozpoznawalnie.

Beata Pluta przy pracyJezus Miłosierny
Powstał na zmówienie, a artystka uważa, że namalował się sam. Praca nad nim była najsilniejszym przeżyciem, a doznania autorki nawet, gdyby je próbować opisać mogą Czytelnikowi wydać się niewiarygodne, więc rezygnujemy... Obraz pojechał do Elbąga, najpierw biskup wypożyczył go do Katedry, był tak duży, że, kiedy sześciu kleryków niosło go do Katedry ulicami miasta zatrzymywali się nie tylko ludzie, ale i samochody. Potem trafił do klasztoru sióstr Karmelitanek. - Dwa lata temu odwiedziłam siostry, kiedy dowiedziały się, że przyszła ta, która namalowała ich Oblubieńca wszystkie stłoczyły się w małym, ciasnym pokoiku odwiedzin. Opowiadały mi, że ile razy przechodzą obok Pana Jezusa, zawsze go całują. Jakie one muszą być szczęśliwe, że mają odwagę z prostotą Go całować. Ja o tym nie pomyślałam, poczułam nawet zazdrość, a za klauzurę już wejść nie mogłam.